Turkmenistan – Noc u piekielnych bram

Rozświetlające noc płomienie, zapach siarki i buchające opary gorąca… Słynny krater w Derweze nieprzypadkowo został nazwany “bramą do piekła”. Kto by pomyślał, że to niemal mistyczne miejsce to po prostu biznesowa pomyłka Sowietów.

Rozświetlające noc płomienie, zapach siarki i buchające opary gorąca… Słynny krater w Derweze nieprzypadkowo został nazwany “bramą do piekła”. Kto by pomyślał, że to niemal mistyczne miejsce to po prostu biznesowa pomyłka Sowietów.

Jeśli miałabym wymienić najciekawszą podróż, którą dotychczas odbyłam, jednym tchem powiedziałabym: Azja Centralna! Mimo że w tym rejonie świata byłam w 2012 roku, a więc już jakiś czas temu, to mój trzytygodniowy pobyt w Azerbejdżanie, Turkmenistanie oraz Uzbekistanie okazał się jednym z tych, które najwięcej nauczyły mnie o podróżowaniu.

Być może wynikało to z faktu, że była to druga – po Indiach – moja dłuższa wizyta w Azji. A być może powodem było to, że w pewnym stopniu dotyczyła ona miejsc, którymi zajmowałam się zawodowo, ale dotychczas czytałam o nich jedynie w wiadomościach i podręcznikach. 

Ponieważ od mojej podróży mija dokładnie 9 lat, z tej okazji zabieram Was w jedno z najdziwniejszych i najbardziej egzotycznych miejsc, w których byłam. 

Oto opowieść o nocy spędzonej w Derweze – czyli u „Wrót Piekieł”.

Czym są Wrota Piekieł?

Tak jak wspomniałam, moja podróż do Turkmenistanu wiązała się nieco z moimi zainteresowaniami i moją pracą jako – wtedy świeżo upieczona – analityczka rynków surowcowych.

Mieszkańcy tego azjatyckiego kraju bowiem dosłownie śpią na gazie ziemnym. Nie ma w tym stwierdzeniu żadnej przesady – Turkmenistan posiada czwarte (po Rosji, Iranie i Katarze) największe zasoby gazu ziemnego na świecie.

Kraj ten posiada tak dużo gazu ziemnego, że może sobie wręcz pozwolić na jego nonszalanckie marnotrawstwo. Najbardziej ewidentnym pomnikiem tego marnotrawstwa jest krater w Derweze, w którym gaz ziemny pali się bezcelowo już od 50 lat (w 2021 roku przypada dokładnie 50. rocznica jego powstania).

O tym, żeby zobaczyć “bramę piekieł” marzyłam od momentu, w którym o niej po raz pierwszy przeczytałam. Uznałam, że palący się krater w samym sercu pustyni może być jednym z najciekawszych miejsc, do jakich kiedykolwiek dotrę. Przy planowaniu wyprawy do Turkmenistanu, Derweze po prostu musiało znaleźć się na liście obowiązkowych rzeczy do zobaczenia w tym kraju.

Droga do płonącego krateru

Aby dotrzeć do “piekielnych bram”, należy wyruszyć ze stolicy Turkmenistanu – Aszchabadu – prosto na północ. Podróż w głąb pustyni trwa około 5 godzin. Widoki za oknem są dość monotonne – pustynny krajobraz jedynie co jakiś czas przerywa widok jakiejś niewielkiej wioski, często składającej się jedynie z kilku gospodarstw. Poza tym czasem drogę przetnie stado wielbłądów.

Jeszcze zanim dojechaliśmy do celu, nasz turkmeński przewodnik pokazał nam inny krater znajdujący się w pobliżu. Chociaż nie buchały z niego płomienie, to widok był równie piekielny, bo w środku znajdowało się bulgoczące z gorąca błoto. To zadziwiające, surrealistyczne miejsce zrobiło na mnie wrażenie, ale i tak nie mogłam przestać myśleć o największej atrakcji, dopiero na mnie czekającej – spędzeniu nocy przy rozświetlonym płomieniami kraterze.

W końcu, po zboczeniu z asfaltowej drogi i krótkiej podróży pomiędzy wydmami, dotarliśmy do krateru w Derweze. Jak się okazało, jeden z naszych turkmeńskich opiekunów już tam czekał, rozbijając niewielkie obozowisko oddalone od krateru o około 100 metrów. Rozłożony koc, niewielkie namioty, kilka latarek, a także trochę jedzenia i dużo wódki – to w jego opinii był optymalny zestaw pozwalający przetrwać noc w okolicach “bramy do piekła”. Jak przekonywał nasz przewodnik, wódka nie jest wcale po to, aby się lepiej bawić, lecz po to, aby ewentualnie zneutralizować jad skorpiona (przy czym jedno nie wyklucza drugiego😉). 

Wrota Piekieł z bliska

Świadomość przemykających wokół nas w ciemnościach skorpionów nie była szczególnie kojąca, ale nie traciłam czasu – wzięłam wielką latarkę i ruszyłam w stronę krateru.

Na początku wspięłam się na pobliskie wzgórze, aby zobaczyć krater z większej odległości. Z takiej perspektywy “brama do piekieł” nie była specjalnie przerażająca.

Wszystko się zmienia, gdy podejdzie się bliżej. Już jakieś 30 metrów od krateru czuć, że powietrze robi się gęste – a podchodząc jeszcze bliżej, w twarz zaczynają uderzać nieprzyjemne fale gorąca. Wokół rozpościera się duszący zapach siarki, a oczom ukazują się buchające z wnętrza krateru płomienie. Stojąc przy brzegu krateru, faktycznie poczułam się tak, jakbym znajdowała się u bram do piekła.

Dopiero podchodząc bliżej widać, jak duże jest to płonące zapadlisko. Przy dziurze o średnicy 70 metrów poczułam się bardzo mała i nieznacząca. To wrażenie spotęgowało się, gdy uświadomiłam sobie, że ten krater, księżyc w pełni i tlące się w oddali ognisko przy naszym obozowisku to najprawdopodobniej jedyne źródła światła w promieniu ponad dwustu kilometrów. Wokół, po horyzont, rozciągała się ciemna pustynia Kara-kum.

Pustka i odosobnienie

Ale jeszcze kilkanaście lat temu to miejsce wyglądało inaczej. Wprawdzie okolice Derweze nigdy nie tętniły życiem, ale kiedyś znajdowała się tu wioska licząca kilkaset mieszkańców. Jednak w 2004 r. poprzedni dyktator Turkmenistanu, Saparmurat Nijazow, rozkazał ją wyburzyć, bo “stanowiła przykry widok dla turystów”. No cóż, muszę przyznać, że turkmeńskie wioski nie wyglądają imponująco, a ich prosta zabudowa sprawia wrażenie tymczasowości – jednak mimo wszystko zły wygląd wydaje się błahym powodem do tego, aby wyburzyć wiele domów i przepędzić mieszkańców. Obecnie jedynymi śladami po wiosce Derweze są nieliczne ukryte pomiędzy wydmami pozostałości zabudowań.

Odkąd nie ma tu stałych mieszkańców, okolice ognistego krateru są miejscem bardzo odosobnionym. Najbliższym miastem jest oddalony o niemal 300 km Aszchabad, a bliżej znajdują się jedynie pojedyncze domostwa zamieszkiwane przez ludy koczownicze.

Świadomość oddalenia od większych miejscowości sprawia, że w Derweze udziela się poczucie samotności. To miejsce, w którym można pobyć sam na sam ze swoimi myślami i  zupełnie odciąć się od codzienności. To miejsce, w którym zamiast dźwięków rozmawiających ludzi, przejeżdżających samochodów i dźwięczących telefonów komórkowych słychać jedynie skwierczenie ognistych płomieni. To miejsce, w którym można nabrać dystansu do świata, który pozostał kilka tysięcy kilometrów stąd.

Siedząc przy brzegu krateru, ze zdumieniem stwierdziłam, że mogłabym wpatrywać się w płomienie przez długi czas – i się nie znudzić. Tak też zrobiłam. Dopiero po kilku godzinach zrobiłam się senna i poszłam do namiotu.

Od pomyłki do turystycznej atrakcji

A skąd w ogóle to ogniste kuriozum się wzięło na środku turkmeńskiej pustyni? Historia “bramy do piekła” sięga wczesnych lat 70. XX wieku. Sowieci planowali wtedy rozbudowę w tym miejscu infrastruktury do wydobywania ropy naftowej i gazu ziemnego. Gdy jednak rozpoczęli wiercenia w okolicach Derweze, ziemia pod infrastrukturą wiertniczą się zapadła, tworząc dół o średnicy 70 metrów. 

Po tym incydencie zaniechano dalszych prac wydobywczych, ale problemem pozostał ulatniający się z krateru gaz. Postanowiono go więc podpalić, licząc na wypalenie się go w ciągu kilku dni. Jak widać, tutejsze zasoby gazu zostały mocno niedoszacowane, bo ulatniający się z krateru gaz pali się do dzisiaj, a więc już przez pół wieku.

Od tamtej pory krater stał się jedną z głównych turystycznych atrakcji Turkmenistanu. Jednak nie obawiajcie się, że spotkacie tu tłumy. Turkmenistan to wciąż jeden z najrzadziej odwiedzanych przez turystów krajów świata – rocznie przyjeżdża tu jedynie kilka tysięcy obcokrajowców (biorąc pod uwagę także tych, którzy przyjeżdżają w celach zawodowych i dyplomatycznych). Dla porównania – sąsiednie Iran i Uzbekistan odwiedza rocznie odpowiednio ok. 4 mln i 1 mln turystów (oczywiście, mówimy tu o czasach sprzed pandemii). 

Największe wrażenie krater w Derweze robi wtedy, gdy jest otoczony ciemnościami, dlatego warto spędzić przy nim noc. Tymczasem w dzień płomienie są dużo mniej widoczne, a gorąco robi się wszędzie dookoła nas – w końcu jesteśmy pośrodku nasłonecznionej pustyni.

Opuszczałam Derweze w melancholijnym nastroju. Chociaż to miejsce powstało w wyniku zwyczajnego błędu w pracy, to ma ono niezwykły, niemalże mistyczny charakter. Wyjeżdżając stamtąd wiedziałam też, że prawdopodobnie już nigdy tam nie wrócę. Po pierwsze dlatego, że świat jest wielki i przepiękny, a ja nadal mam sporo do odkrycia. A po drugie dlatego, że dekadę temu coraz głośniejsze stawały się spekulacje o możliwym wygaszeniu i zasypaniu krateru ze względu na plany rozpoczęcia na nowo eksploatacji pobliskich rezerw gazu ziemnego. 

Obecnie te plotki wydają się jednak na wyrost, a z zapadliska w Derweze wciąż buchają płomienie. Być może władzom Turkmenistanu trudno pozbyć się miejsca, które przynosi stały dochód z turystyki. A być może ceny gazu ziemnego, które wyraźnie spadły na przestrzeni ostatnich kilkunastu lat, nie są już na tyle atrakcyjne, by uzasadniać taki projekt. 

Ale kto wie, może za kilka lub kilkanaście lat pośrodku turkmeńskiej pustyni staną wieże wiertnicze – a “brama do piekła” przejdzie do historii? W kwestii tego kraju nic by mnie nie zdziwiło. 

Zapisz się na newsletter i pobierz e-booka 50 SPOSOBÓW NA ZARABIANIE!

Marzysz o tym, aby mieć dodatkowe źródło przychodu?

Chcesz zmienić pracę na taką, którą pokochasz i która przyniesie ci satysfakcjonujące zarobki?

A może twoim celem jest własny biznes?

.