Pamiętniki z workation – Seszele

Seszele to raj na ziemi, w którym natura gra pierwsze skrzypce. Nie leci się tam, by pracować – lecz by prawdziwie odpocząć w otoczeniu soczystej zieleni, morskich fal i bajecznych plaż. Ale… wypoczęty umysł jest na ogół bardzo kreatywny, więc czemu by tego nie wykorzystać?

Seszele to raj na ziemi, w którym natura gra pierwsze skrzypce. Nie leci się tam, by pracować – lecz by prawdziwie odpocząć w otoczeniu soczystej zieleni, morskich fal i bajecznych plaż. Ale… wypoczęty umysł jest na ogół bardzo kreatywny, więc czemu by tego nie wykorzystać?

Seszele były na mojej liście wymarzonych destynacji już od dłuższego czasu. Ostatecznie odwiedziłam je w sierpniu 2021 roku. Jak wszystkie moje podróże z tego (drugiego już) pandemicznego roku – także i w tym przypadku decyzja zapadła spontanicznie.

I niczego nie żałuję!

Ważny disclaimer na początek: nie leciałam na Seszele na typowe workation. Moje główne cele obejmowały raczej: spacery po plaży, żeglowanie, skakanie po oceanicznych falach, snorkeling, leżenie pod palmą, próbowanie lokalnych specjałów, itd.

Ale laptopa wzięłam! A dlaczego? Bo wiem z doświadczenia, że gdy mam wypoczęty umysł, to do głowy przychodzi mi wiele dobrych pomysłów. Wiedziałam też, że Seszele nie są destynacją, w której się dużo zwiedza – lecz raczej miejscem błogiego nic nierobienia. I że znajdzie się czas i na czytanie, i na pisanie, książek.😉

plaża Seszele

Seszele to raj na ziemi.

Najpiękniej i najdrożej

Seszele to rozległy archipelag wysp na Oceanie Indyjskim, usytuowanych na północny-wschód od Madagaskaru. W praktyce, turyści docierają na zaledwie kilka głównych wysp, w ramach tzw. Wysp Wewnętrznych (Inner Islands), spośród których najpopularniejsze to Mahé oraz La Digue.

Wyspy szczycą się przede wszystkim niesamowitymi plażami. Naprawdę, nie ma tam zbyt wiele do zwiedzania, a głównymi atrakcjami turystycznymi są właśnie malownicze plaże, otoczone widowiskowymi głazami i bujną zielenią. Nic dziwnego, że od lat znajdują się one w zestawieniach najpiękniejszych plaż na świecie.

Nie mniej ciekawa jest tu natura pod wodą – dookoła wysp jest sporo miejsc, gdzie można zanurkować wśród kolorowych ryb (ja po raz pierwszy w życiu widziałam tu rekiny!).

Ogólnie, natura wiedzie na Seszelach prym, a lokalni mieszkańcy mają do niej ogromny szacunek. Nie odwiedziłam wcześniej żadnego kraju, w którym tak duży nacisk kładłoby się na dbanie o środowisko! O ile na równie rajskich Karaibach śmieci na plażach czy poboczach dróg nie są rzadkością, to na Seszelach były to raczej wyjątki.

W rezultacie, cały archipelag słynie z tego, że jest przepiękny, czysty i… drogi. Seszele to jedno z najdroższych miejsc (o ile nie najdroższe), jakie odwiedziłam w moim życiu. A lokalni mieszkańcy otwarcie przyznają, że dążą do tego, aby było tu jeszcze piękniej i jeszcze drożej. Państwu nie zależy na przyciąganiu mas turystów – lecz raczej garstki tych, którzy chcą odpocząć tu w ciszy, otoczeni pięknem. I są gotowi za to słono zapłacić.

Seszele odwiedziłam w sierpniu, ale nie jest to zbyt popularną opcja – w końcu także w Europie trwa wtedy lato, więc nie ma tak dużej zachęty do wyjazdu poza kontynent. Niemniej, okres od maja do października jest niezły na odwiedzenie tego archipelagu, ponieważ trwa tam lokalna „zima”, co oznacza temperatury poniżej 30 stopni (w praktyce: 27-28 stopni) i silniejszy wiatr. A więc jest przyjemne ciepełko, brak upałów, a jednocześnie – fajny czas dla żeglarzy.

palmy Seszele

Tak wygląda zima na Seszelach.

Dbanie o czystość plaż to tu podstawa.

Zakwaterowanie… i transport jednocześnie

Pod kątem PR-owym, Seszele wpadają do tej samej grupy destynacji co Malediwy, Bora Bora czy Santorini – jak już tam lecisz, to zależy Ci na jak zakwaterowaniu, które wyrwie Cię z butów. Efekt wow musi być.😉

I faktycznie, Seszele mogą pochwalić się wieloma luksusowymi hotelami, zlokalizowanymi na malowniczych wyspach archipelagu. Najbardziej przystępne cenowo (i lokalizacyjnie) są hotele na wyspie Mahé – czyli największej wyspie kraju. Natomiast oczywiście największe wrażenie robią hotele zlokalizowane na mniejszych wyspach archipelagu, takich jak Felicite, Cousine, Silhouette czy choćby La Digue.

Ale muszę Wam przyznać, że seszelskie hotele nigdy specjalnie nie przykuwały mojej uwagi, ponieważ wiedziałam, że jeśli kiedykolwiek odwiedzę Seszele, to zrobię to w sposób, który kocham najbardziej – na jachcie!

Mały off-topic dla tych z Was, które są tu od niedawna: jestem zapaloną żeglarką, mam morskie patenty i uwielbiam zwiedzać w ten sposób różne kraje świata. Od kilkunastu lat regularnie żegluję (także jako skipper) po Morzu Śródziemnym, a w ostatnich latach przerzuciłam się na katamarany, które są wygodniejszą opcją zwiedzania nie tylko krajów Europy Południowej, ale także zwiedzania pod żaglami wysp Tajlandii, Karaibów czy właśnie Seszeli!

A wracając do naszego tematu: wylądowałam na Saba 50, czyli największym katamaranie, jakim dotychczas pływałam. Bo na Seszelach to albo grubo, albo wcale.😉 Przez 10 dni, jacht ten był moim domem i jednocześnie środkiem transportu. Dzieliłam go z 12 współlokatorami – czyli po prostu moją żeglarską ekipą.

Wieczorny chillout. To właśnie z tego miejsca pisałam dla Was newsletter 

Praca z jachtu w praktyce

Praca z jachtu to wspaniała rzecz, ale na start warto wspomnieć, że jej realia mogą się znacząco od siebie różnić, w zależności nie tylko od standardu samego jachtu, ale także od akwenu, po którym pływamy. Na Seszelach napotykamy na kilka praktycznych barier, które sprawiają, że praca z tamtego rejonu świata miała zupełnie inny charakter niż gdybym chciała pracować z jakiegokolwiek miejsca usytuowanego przy wybrzeżu państw Unii Europejskiej.

Po pierwsze, różnica czasu. Na szczęście jest ona niewielka, bo wynosi jedynie 3 godziny. To sprawia, że jeśli chcemy skontaktować się z kimkolwiek w Europie, to spokojnie zrobimy to za dnia. Co więcej, dla mnie fakt, że to na Seszelach jest o 3 godziny później niż w Warszawie, był o tyle wygodny, że mogłam tworzyć rano, jeszcze zanim ktokolwiek z Polski zawracał mi głowę (gdy pracuję z Polski, także najbardziej lubię pracować wcześnie rano, zanim inni wstaną 😉).

Po drugie, internet. Pomijając wifi w hotelach i niektórych restauracjach, na Seszelach dostęp do internetu jest relatywnie drogi – lepiej zapomnieć o roamingu i kupić lokalną kartę SIM z odpowiednim pakietem. Ma to oczywiście swoje dobre i złe strony. Dla osób, które muszą być na łączach często, robić spotkania online, itd., koszty internetu mogą skutecznie zniechęcić do pracy z tego rajskiego archipelagu. Ale dla tych, którzy poszukują miejsca do kreatywnej pracy i odcięcia się od internetu (w tym kuszących powiadomień z mediów społecznościowych), Seszele będą wymarzoną lokalizacją do pracy.

Ja na Seszelach stawiałam właśnie na pisanie. Bardzo dobrze pracuje mi się z jachtu, jestem wtedy wyjątkowo kreatywna. Słońce, otoczenie uspokajających błękitu i zieleni – to jest coś, co absolutnie mi służy. Poza tym, żeglowanie odpręża umysł, a to sprawia, że fajne pomysły same wręcz wskakują do głowy – warto więc przynajmniej hasłowo je zapisywać.

Ale jednocześnie, podkreślam, że nie leciałam przecież na Seszele po to, aby cały czas pracować! Praca była dla mnie tylko dodatkiem – dlatego zabrałam ze sobą laptopa jako opcję, z której będę mogła zrezygnować, jeśli będę miała na to ochotę. A więc korzystałam z piękna natury i zwiedzałam ile wlezie, natomiast po laptopa sięgałam w momentach, kiedy działo się niewiele i np. spędzaliśmy popołudnie na leniwym chilloucie na jachcie, zakotwiczonym niedaleko którejś z wysepek. Ale i tak udało mi się stworzyć na miejscu całkiem sporo treści.

Seszele

Laptop, kawa, palmy… czego chcieć więcej?

Dzień na jachcie

O tym, jak wygląda dzień na jachcie, chętnie napiszę cały artykuł – podróżuję w ten sposób od lat, więc jest to dla mnie wręcz standardowy sposób spędzania zagranicznych wakacji.

Ale oczywiście każde miejsce na świecie ma swoją specyfikę. O ile w przypadku rejsów po Morzu Śródziemnym praktycznie codziennie nocuje się w innym porcie, to żeglowanie po Seszelach wygląda trochę inaczej. Pomijając marinę wypadową, pozostałych marin tu praktycznie nie ma, więc najczęściej noc spędza się na kotwicy w jakiejś zatoczce.

Ma to oczywiście swoje plusy, głównie w postaci intymnej atmosfery i świętego spokoju. Ale też ma to swoje wymagania – na przykład, trzeba wtedy mieć jacht z generatorem prądu oraz odsalarką wody morskiej. Bez tego robi się, mówiąc delikatnie, mało komfortowo.

Oznacza to także, że zakupy należy planować z dużym wyprzedzeniem, zwłaszcza jeśli naszym celem są mniejsze wysepki. Te większe zakupy warto zrobić jeszcze w porcie wypadowym, ponieważ później – w obliczu braku marin i stania na kotwicy – wszelkie produkty trzeba wozić na jacht pontonem. Pontonem również trzeba samemu przedostać się na poszczególne wyspy, aby je zwiedzać.

Większość posiłków jedliśmy na jachcie, ale w miejscach, gdzie był dostęp do restauracji, chętnie próbowaliśmy lokalnych specjałów.

Jedzenie i picie

Ogólnie, w kwestii jedzenia na Seszelach mam dla Was trzy wiadomości. Dwie złe i jedną dobrą.

Pierwsza zła wiadomość to fakt, że produkty spożywcze w sklepach są naprawdę drogie, pomijając garstkę lokalnie uprawianych towarów. Spora część importu pochodzi z Francji, co widać na półkach sklepowych. Nie ma problemu z kupnem sera camembert… za odpowiednik około 50 złotych. A jedyne dostępne wino to właśnie wino francuskie, za które tu wydamy co najmniej 100 zł.

Druga zła wiadomość jest taka, że obiady/kolacje w restauracjach też są kosztowne. Wydanie powyżej 200 zł na osobę to raczej standard, a można wydać znacznie, znacznie więcej. Ceny przystawek i dań głównych oscylują w okolicach 80-150 zł (to duże przybliżenie, chciałam podać jedynie rząd wielkości), za piwo w restauracji zapłacimy 30-60 zł, za lampkę wina czy drinka bliżej 60-70 zł.

Ale jest i trzecia wiadomość, tym razem dobra: jedzenie na wynos jest tu naprawdę tanie, zwłaszcza w porównaniu z innymi żywieniowymi opcjami. Tzw. takeaway to zresztą podstawa żywienia tutejszej ludności. Dania są proste, ale smaczne: na ogół bazują na jakimś mięsie (kurczak/ryba, ale nie tylko), dodatku w postaci ryżu lub frytek, jak również możliwej potrawki z soczewicy oraz surówki z papai. Takie danie można tu zjeść za równowartość 20-40 zł. Co ciekawe, zdarzają się restauracje, które obok głównego budynku mają właśnie budkę z takeaway. I zgadnijcie, gdzie są większe kolejki.😉

A jakich kulinarnych specjałów warto spróbować?

Oczywiście ryby i owoce morza to tu podstawa – a najpopularniejszą rybą jest tuńczyk, który faktycznie jest tu przepyszny. Koneserzy niecodziennych smaków mogą także spróbować nietoperza (spoiler: smakuje trochę jak kurczak 😉). Tak naprawdę, to nie samo mięso, lecz raczej tutejszy specyficzna mieszanka przypraw, jest tym, co tę kuchnię wyróżnia.

Ponadto, przepyszne są tu soczyste owoce, z których przygotowuje się także koktajle. A wśród alkoholowych specjałów, nie sposób nie wymienić rumu Takamaka (najlepszy jest w wersji ciemnej lub ewentualnie kokosowej).

seszele

Śniadanko.

Atrakcje turystyczne Seszeli

O atrakcjach turystycznych Seszeli pewnie możecie przeczytać już sporo na wielu innych blogach. Ja więc skupię się na moich subiektywnych odczuciach oraz polecajkach.

Mahé

Mahé to największa wyspa Seszeli i miejsce, które jest pierwszym zetknięciem z tym krajem. To tu bowiem znajduje się międzynarodowe lotnisko. Tu także usytuowane jest miasto Victoria, czyli stolica kraju i jedyny istotny port.

Na Mahé, podobnie jak na pozostałych wyspach Seszeli, znajdują się zarówno przepiękne plaże, jak i ogromna liczba hoteli, od tych o średnim standardzie do tych luksusowych. Ale jest tu także garstka atrakcji turystycznych nieco innego typu – takich jak ogrody botaniczne w Victorii czy też destylarnia rumu Takamaka (lokalnego specjału, którego warto spróbować, jeśli lubi się rum).

Jako że Mahé było dla nas jedynie punktem wypadowym, to nie skupiałam się na szczegółowym zwiedzaniu wyspy. Jedno jest pewne: o ile jest ona piękna, to blednie w porównaniu z innymi wyspami archipelagu.

La Digue

La Digue to również znana wyspa seszelska, co zawdzięcza przede wszystkim plażom. Anse Source d’Argent to bez dwóch zdań najpopularniejsza plaża całych Seszeli, będąca ich wizytówką. Jeśli kiedykolwiek przeglądałyście zdjęcia z tego kraju, to najprawdopodobniej widzieliście na nich właśnie to miejsce. Na uwagę zasługuje to, że plaża znajduje się w miejscu objętym rezerwatem, więc wstęp na nią, jak również na przyległą historyczną plantację, jest płatny.

Ciekawą atrakcją przy wejściu na Anse Source d’Argent jest wypożyczalnia przezroczystych kajaków, którymi można popłynąć do plaży Anse Pierrot – zwaną także plażą Robinsona Crusoe ze względu na fakt, że był tu kręcony film o jego przygodach. O ile sama przejażdżka kajakami nie jest specjalnie emocjonująca, to docelowa plaża – niedostępna inną drogą – jest przeurocza. I malutka! Co sprawia, że jest jeszcze bardziej urocza.😉

Ponadto, na wyspie La Digue na uwagę zasługuje także spora plaża Grand Anse, na której dałam się sponiewierać wysokim falom (niczego nie żałuję) oraz umiejscowiona tuż obok Petite Anse. Obie znajdują się na południowym wschodzie wyspy.

Natomiast nie ukrywam, że ja kocham także miejsca poza utartym szlakiem. Dlatego pewnego dnia, wraz z narzeczonym, pojechaliśmy wypożyczonymi rowerami na północny wschód La Digue, wzdłuż praktycznie wolnego od turystów wybrzeża, by zrobić sobie chillout tuż przed końcem drogi, przy plaży Anse Banane.

Ogólnie, rower to popularny i najbardziej praktyczny sposób na zwiedzanie wyspy i dotarcie do jej mniej uczęszczanych zakątków. Ale nie szykujcie się na sprzęt wysokiej klasy – tutejsze rowery mają po prostu jechać i mieć koszyk na drobiazgi, ewentualnie działające przerzutki, jeśli masz szczęście.

I jeszcze jedno: swoistą atrakcją jest tu także kolacja w umiejscowionej na wzgórzu knajpce Belle Vue. Rezerwować trzeba z wyprzedzeniem (i warto brać też transport), ale warto. Jedzenie jest pyszne, a największą atrakcją restauracji jest spektakularny widok na okoliczne wyspy.

La Digue

Bajeczne krajobrazy na La Digue.

Praislin

Praislin jest całkiem sporą wyspą jak na tutejsze standardy. Ma kolejną porcję pięknych plaż (na uwagę zasługuje m.in. Anse Lazio), ale główną atrakcją tutaj jest park narodowy, w którego skład wchodzi rezerwat Vallée de Mai, słynący z dziewiczego lasu palmowego oraz okazów rzadkich ptaków. Jego największym wyróżnikiem jest jednak słynna palma seszelska, zwana coco de mer, o ogromnych nasionach, kształtem przypominających ludzkie pośladki (i wielkością też!).

Park narodowy, jak wszystko na Seszelach, jest piękny, drogi i ładnie utrzymany – ale przede wszystkim, ma specyficzny klimat. Jest coś niezwykłego w spacerowaniu w otoczeniu palm, a więc chodzeniu po lesie zupełnie innym niż jakikolwiek las widziany wcześniej.

Curieuse

Umiejscowiona tuż obok Praislin wysepka Curieuse niegdyś była miejscem zsyłki trędowatych – zaś dziś słynie z sanktuarium żółwi olbrzymich. Oprócz spaceru pośród tych przeuroczych stworzeń, można wybrać się także na króciutki trekking przez las znajdujący się w obrębie Curieuse Marine National Park. Jego zwieńczeniem jest – a jakże – urocza plaża, Anse St. Jose.

Curieuse

No siema!

Pozostałe wyspy

Powyższe wyspy to zaledwie cztery najpopularniejsze destynacje turystyczne – natomiast archipelag liczy sobie znacznie więcej miejsc godnych uwagi.

Miejscem o wyjątkowym klimacie jest odosobniona, wysunięta na północ wyspa Aride, mieszcząca rezerwat ptaków. Ale i tak bardziej niż ptaki zapamiętam z niej wjazd pontonem „na pełnej” prosto w plażę, przy sporych falach.😉

Uroczym przystankiem była także malutka Coco Island, która nie tylko sama w sobie jest piękna, ale kryje w swoim otoczeniu bogactwo kolorowych podwodnych stworzeń (tak, to tu widziałam rekiny). Jedyny minus to spore podwodne prądy, które sprawiały, że nie dla każdego ten snorkeling będzie wymarzony (ja akurat uwielbiam snorkeling, więc byłam pierwsza pod wodą 😉).

Ponadto, wiele pozostałych mniejszych wysp mieści luksusowe hotele. Wśród nich znajdują się Fregate, Felicite, Cousine, Silhouette czy North Island – a także nieco bardziej odosobnione Denis Island oraz Desroches. Każda z nich to wymarzone miejsce odpoczynku dla osób kochających naturę i posiadających odpowiednio wypchane portfele.

wyspa

Coco Island – jedno z najpiękniejszych miejsc na Seszelach.

Seszele – przemyślenia na koniec

Nakreślając Wam powyższy, subiektywny obraz Seszeli, już pewnie wiecie, czego można się po nich spodziewać.

Z pewnością to jedno z najpiękniejszych miejsc, jakie widziałam – zwłaszcza pod kątem niesamowitej natury, którą Seszelczycy cenią i której strzegą. Bajeczne plaże, ciepłe morze, otaczająca zieleń – tu naprawdę można poczuć się jak w raju.

Jednocześnie, Seszele nie zdołały uciec od typowych wyzwań państw wyspiarskich, czyli słabo wyposażonych sklepów, drożyzny i ogólnego uczucia, że w sumie… niewiele się tu dzieje. To ostatnie jest oczywiście atutem, jednak podejrzewam, że dla większości osób – w tym dla mnie – jest to atut tylko do pewnego czasu.

Podsumowując, Seszele to wręcz idealna odskocznia od codziennego pędu. I, jak się okazało, także całkiem niezłe miejsce, by dać upust swojej twórczej kreatywności.

Wiosłujemy na plażę Robinsona Crusoe!

Zapisz się na newsletter i pobierz e-booka 50 SPOSOBÓW NA ZARABIANIE!

Marzysz o tym, aby mieć dodatkowe źródło przychodu?

Chcesz zmienić pracę na taką, którą pokochasz i która przyniesie ci satysfakcjonujące zarobki?

A może twoim celem jest własny biznes?

.